Albo wszechwiedząca Ciocia Wiki i równie obeznany Wujek Google mieli dzisiaj gorszy dzień, albo rzeczywiście faktem jest, że na współczesnej scenie muzycznej Nowozelandczycy pozostają w cieniu. No dobrze, lata osiemdziesiąte to czas triumfu Split Enz ( i między innymi tego, pierwszorzędnego przyznajmy, numeru), dziewięćdziesiąte przyniosły popularność Crowded House (czyli de facto nie takim fajnym Split Enz ) a 00′s były światkiem pięciu minut Natashy Beddingfield (która mimo kilku fajnych singli się raczej nie do końca liczy). Kolejna dekada będzie natomiast światkiem poczynań Ruby Suns, którzy w marcu tego roku zaprezentują już trzecią płytę w swoim dorobku – Fight Softly.
Singlem promującym album jest kawałek Cranberry, mający co prawda parę dobrych miesięcy na karku, lecz posiadający tak pozytywny letni wajb, że brzmi w tej przeraźliwie chłodnej końcówce stycznia jak syrena przeciwpożarowa – sygnalizuje oczekiwaną odwilż na linii słuchacze – tęgi mróz.
Początek Cranberry nie pozostawia złudzeń w materii inspiracji - Person Pitch i Merriweather Post Pavilion. W pierwszym przypadku wstęp umiejętnie zapożyczony z Comfy in Nautica, w drugim klawisze i elektronika żywcem z Brother Sport. Charakterystyczna trybalność Animal Collective jest resztą wyczuwalna od pierwszych sekund. Co ciekawe całość brzmienia i ogólna gęstość utworu nie przytłacza zyskując swoistą przebojowość – oba sprawne biodra do kręcenia nimi - bezwzględnie wymagane. I choć nie jest to materiał ma letnią składankę, powiedzmy, Eski, to w moim odtwarzaczu znajdzie przytulne schronienie, miejmy nadzieje, razem z resztą Fight Softly.
Ruby Suns – Cranberry
Filed under: Trzy Szybkie, Animal Collective, muzyka, Nowa Zelandia, Panda Bear, Ruby Suns, zapowiedź
Są młodzi, prawdopodobnie utalentowani, a w dodatku umiejętnie promowani. Surfer Blood, bo o nich tutaj mowa, wyzierać zaczynają z każdej szanującej się fabryki hajpu, co czyni ich do pewnego stopnia tegorocznym Vampire Weekend – gorącą nowością uderzającą wraz z początkiem roku.
Ponad dwa lata kazała na siebie czekać Laura Veirs a czas nieprzyzwoicie się dłużył od kiedy wydany w 2007 Saltbreakers ostatni raz dominował na mojej osobistej playliście oraz własnym rankingu najbardziej przebojowych płyt, o których prawie się nie mówiło. Cieżko na Saltbreakers wskazać było faworyta, gdyż większość kawałków wrzyna się w pamięć tak gwałtownie acz niepostrzeżenie, iż można pogubić się w ilości odsłuchów przy jakże nadużywanej funkcji “repeat”.
Trzecią płytę Duetu Beach House już w Listopadzie zeszłego roku zapowiadał Norway, kawałek sygnalizujący, iż koncówka miesiąca (premiera Teen Dream – 26 stycznia) może zapowiadać się imponująco.