Blog Muzyczny o Tytule Roboczym

Robotogodzinami o Muzyce

Jay Reatard nie żyje.

Jay nie dożył trzydziestki, umarł we śnie i zostawił za sobą masę dobrej muzyki – znam osoby, które same z radością przyjęły by podobny życiowy scenariusz. Urodzony jako Jimmy Lee Lindsey Jr pochodzący z Memphis muzyk odszedł dziś nad ranem w swoim domu. Nie wiem, jak wy ale,  znając dorobek Jay’a, przeczuwam, że sam chciałby, by ktoś polecił jakiś fajny, w dodatku jego, kawałek.


Filed under: okołomuzycznie, Wieści z Muzyką w Treści, ,

Podyplomówka z Muzyki?

Po lekturze tekstu Bartka Chacińskiego “Najlepsze Gatunki… dekady”, oraz pośrednio  felietonu zamieszczonego na łamach New York Times’a bardzo łatwo stracić dobry    nastrój (w żadnym wypadku z powodu jakości obu testów, oba bez skazy i zmazy)      zastanawiając się nad przyszłością formalnej strony metod mówienia o muzyce.

“(…)mumblecore? Freak-folk? Ambient doom-metal? Eight-bit?”

Zauważone w obu artykułach skutki dywersyfikacji środków wyrazu jakimi posługuje się  współczesna muzyka rozrywkowa postrzegana jest dwubiegunowo, a “zady” i “walety” są oczywiste choć nie wypada się z nimi nie liczyć. Jasnym jest jest to, iż zróżnicowanie na wszystko działa budująco jak zauważa Ben Sisario. Dla kontrastu bywa również problematyczne dla potencjalnego odbiorcy przebijającego się przez ściany nazw nurtów i muzycznych zjawisk czego nie omieszkał opisać Bartek Chaciński. Co jednak, gdy cały ten pasztet daje w kość profesjonalistom, pasjonatom i amatorom pisania o muzyce równie mocno co jej odbiorcom?

“shoegaze, (a) crab-core”

Lat temu piętnaście odpowiednio przygotowany rzeczowo dziennikarz muzyczny wprowadzał odbiorców mediów z których korzystał w meandry gatunków muzyki w sposób względnie skuteczny: Tłumaczyło się Grunge na przykładzie chulających w massmediach Alice in Chains, z czasem wplątując w to Nirvanę. Opisywało się Metal nastolatkom, którzy tracili słuch przy Metallice i Iron Maiden i przybliżało hip-hop wykupującym w mgnieniu oka debiut Leroy’a blokersom (generalizując oczywiście). Media głównego nurtu niezwykle rzadko musiały się męczyć się z zaznajamianiem z takim powiedzmy Krautrockiem, czy będącym wówczas w sile wieku Shoegazem, bo artystów prezentujących te nurty nie prezentowały. Dziś w dobie wolności medialnej internetu ambitnego słuchacza trudno zbyć ogólnikiem
i nie wystarczy znajomość ścisłej reprezentacji gatunków z przed Epoki Szytwnego Łącza. Owi Odbiorcy mediów będący w czasach web 2.0 ich twórcami i za zarazem najgorętszymi krytykami zgotowali wielu nie lada piekło kosmiczną, nieusystematyzowaną terminologią wyzierającą z nagłowków tego tekstu. Jak w tym wszystkim zapewnić słuchaczy muzyce, którą te terminy reprezentują? No i komu potrzebna jest to absurdalne niejednokrotnie szufladkowanie?

Sufjan-house łamany przez crab-gaze

Wiele nieprzyjemnych rzeczy powiedzieć by można o współczesnej muzyce każdego nurtu, ale na pewno nie o tym że stoi w miejscu. Czasy, kiedy sitar w Norwegian Wood czy odwrócone gitarowe solo w Tomorrow Never Knows były w czubie awangardy dawno mineły. Dzisiaj jeden byle singiel, nie szukając daleko, Lady Gagi jest miksem Italo Disco, Electro, czy Hip-Hopu. To co kiedyś było atrybutem nielicznych odważnych przodowników muzycznej branży jest domeną bohaterów cosezonowych składanek Zetki czy RMFu. Muzyczna, mniej lub bardziej, ambitna różnorodność przenika mainstream-ową rzeczywistość. Pisał i pisze o tym zjawisku Pitchfork, pisał nieodżałowany Stylus czy rodzimy Porcys, znak czasów. Oto “niezal” (brzmieniowo) przychodzi o własnych nogach przed oblicze masowego odbiorcy. Chwała mu za to, za ów pośredni ratunek dla źródłowych inspiracji. Ale właśnie, czy statystycznego odbiorcę kawałka śmigającego po listach uber-komercyjnych stacji obchodzi, że ich ulubieniec inspirował się avant-dream-slow-core-popem (“skąd Ci biedni ludzie mają wiedzieć, gdzie jest ten Zbuczyn?”) ? Skłaniam, się ku zdaniu, iż każdy snobizm potrzebuje swoich narzędzi, a słowotwórcze łatki służą za takie każdemu szanującemu się hipsterowi we wzajemnej adoracji sobie podobnych. Gdzieś trzeba postawić granicę między absurdem a konkretem, bo to grozi zamętem. W najczarniejszych snach widzę jak grzyby po deszczu wyrastające podyplomówki z hip-speakowej nowomowy i pokornych żurnalistów wkuwających terminologię z tej koszulki, by mogli z kolei pomóc zainteresowanym we wdrażaniu pojęcia “drone” czy “hook” w praktyce.

With so much good music, does it matter?

Znamienne, iż im muzyka jest lepsza, tym większy kłopot ma z nią odbiorca. Nie daje się zawierać w opracowywane na prędce ramy, rozrywa je i w twarz się śmieje tym, którzy myślą, że trzymają ją za gardło. Wytarty na pilocie zdalnego sterowania znaczek “play” wie to najlepiej.

Filed under: okołomuzycznie, , , ,

W polu grawitacyjnym czarnej dziury – antypodsumowanie 2009

Late night all alone with a test tube (oh, oh, oh)

Współczesna fizyka mówi o istnieniu zjawiska zwanego horyzontem zdarzeń. Według teorii jest to granica, po przekroczeniu której niemożliwe jest wydostanie się z pola grawitacyjnego czarnej dziury. Postanowiłem się z tamtego miejsca na chwilę wynurzyć, co rzeczą najłatwiejszą nie jest – dość powiedzieć, że o jakimkolwiek przedostaniu się poza ową barierę od połowy września nie było mowy. Od dziś mówiąć czarna dziura, myślę The Beatles.

I admit it’s getting better, a little better all the time

Wrześniowa reedycja muzycznych dokonań Fab Four odrzuciła mnie od wzmożonych kontaktów ze współczesną muzyką rozrywkową. Przewartościowały się wartości, umysł zyskał właściwości wejrzenia w głąb Absolutu, który do tej pory majaczył gdzieś w na pograniczu jaźni, istniał lecz do tej chwili niekompletnie. Ciężko w takim stanie zachwalać chleb ze smalcem po zmysłowej orgii kulinarnych delikatesów.

Aby wyjaśnić treść bełkotu zawartego wewnątrz poprzedniego akapitu z tego miejsca pewną rzecz należy wyjaśnić. Otóż do dnia zetknięcia się ze wznowieniem wydawnictw The Beatles o dorobku Brytyjczyków miałem jedynie mgliste pojęcie. Zbitki dzwięków, nazwisk i wydarzeń huczały mi w głowie nieposkładane i fragmentaryczne. Dziś, kiedy to wszystko nabrało dla mnie sensu i nieporównywalnej wartości, współczesność będzie się musiała bardzo postarać , by zaoferować to czym raczyłem się przez ostatnie pół roku całkowicie niemal o niej zapominając. Wybrzmiewający gdzieś w tle tego tekstu “Hello Goodbye”  jest oto symboliczną ścieżką dźwiękową do epokowej zmiany warty w postrzeganiu przeze mnie muzyki, jako wartości. Ja i świat ludzi dekady lat sześćdziesiątych mamy wiele wspólnego – oboje nas The Beatles zrównało z ziemią, i stworzyło nas, jak by na to nie spojrzeć, lepszych.

Turn off Your mind, relax and float downstream

Moja osobista Beatlemania, sprawiła, że zaniedbałem wiele, w tym i bloga, którego własnie (mam nadzieje) czytacie. Nie dane było mi podzielić się uczuciem przyjemnego mrowienia na ciele w związku z wrażeniami z odsłuchu kilku fajnych muzycznych zjawisk zeszłego roku.  Nie straciliście wiele o ile, tak jak mnie, udało się wam odkryć twórczość czterech chłopaków z nad Mersey na nowo. 2009, tak jak wcześniej przed rokiem 2008 ( za sprawą The Smiths  i składaka The Sound of The Smiths) przegrywa ze starociami, cud jedynie uratować może  Dwa-tysiące Dziesiąty.

Filed under: okołomuzycznie, , , ,

Anty-podsumowanie 2008

„Dwatysiącedziewiąty” właśnie podbił kartę zegarową w zakładzie pracy zwanym „Czasoprzestrzeń S.C”. Jego poprzednik dokonał żywota po 365 dniach siedzenia na kasie i choć z magazynu wyciągnął masę dobrej i niezłej muzyki nie przekonał mnie do choćby próby utworzenia muzycznego zestawienia wydarzeń zeszłego roku.

Czytaj resztę wpisu »

Filed under: okołomuzycznie, , , , , , , , , , ,

Spotify – Everyone Loves Music

logo_frontKolejny wpis, tym razem nieporuszający zagadnień związanych z wykonawcami, płytami czy pojedynczymi utworami. Różnorodność, miejmy nadzieję, będzie drugim imieniem tego bloga, nie chcemy przecież popadać w skostniałe formuły i drętwe szufladki. Czasem, tak jak dziś, rozprawiać przyjdzie mi nie raz nad zjawiskami około-muzycznymi a takim zjawiskiem jawi się być Spotify – programu, którego wersję beta mam przyjemność od kilku dni testować.

Rewolucja – słowo w wielu kontekstach wyświechtane, jak ulał pasuje właśnie do Spotify – (niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę) pierwszego, w zamierzeniach ogólno dostępnego serwisu dającemu swoim użytkownikom dostęp do setek tysięcy, jeśli nie milionów, utworów, które odtworzyć możemy sobie, kiedy tylko nam się zachce. Wszystko to idealnie pogrupowane w albumy, spięte biblioteką informacji o nich z allmusic.com i funkcjonujące jak marzenie. LEGALNIE.

Teraz, rozsiądźcie się wygodnie i oczyma wyobraźni wystawcie sobie następująca rzecz. Do dyspozycji macie schludny, względnie ergonomiczny odtwarzacz muzyki, który dzięki połączeniu z Internetem i prostej wyszukiwarce wewnątrz, pozwala łatwo i szybko odnaleźć interesujący was kawałek, płytę czy wykonawcę. Wystarczy niewiele ponad 256kbitowe łącze by cieszyć się niezmąconą zjawiskiem buforowania dobrej jakości stremowaną jazdą. Żeby nie było kolorowo potrzeba też minimum 1 GB miejsca na dysku, bo tam też składowane będzie tymczasowo to co już wam się odtworzyło, daje to w zamian możliwość odtworzenia zachowanych już plików dosłownie w locie. Jestem skłonny o czary oskarżyć twórców Spotify widząc jak nawet pierwszy raz odsłuchiwane tracki w słychać w sekundę od kliknięcia play. Nie wspominam o tym, że tak jak typowy Winamp, pozwala na odtwarzanie dowolnego momentu utworu. W grę wchodzi jednak jakaś super-hiper kosmiczna technologia, w którą wnikać nie zamierzam, powiem tylko, że spisuje się znakomicie.

Jak w takim razie prezentuje się baza dostępnych plików? Do dyspozycji mamy wszystkich majorsów, z repertuarem także polskim, choć zapewne w pewnym stopniu niekompletnym. Mniejszych lecz znamienitych mniejszych labeli trochę brakuje, jednak i te znaleźć się w oficjalnej wersji mają. To w zasadzie jedyny powód dla którego mój Foobar ciągle ma się dobrze i nigdzie się nie wybiera. Jeśli tylko szwedzka załoga twórców Spotify zadba o rozwój społecznościowej strony ich serwisu last.fm będzie musiało mieć się na baczności.

A teraz przejdźmy do rzeczy mniej wesołych. Konto w serwisie założyć mogą osoby przebywające na stałe w obszarze Wielkiej Brytanii lub tez wszyscy odrobiną technologicznego sprytu. Poniżej znajdziecie opis tego jak uzyskać dostęp do Spotify. Sprawdźcie przedtem czy wasze sumienie pozwala wam pogodzić się z niejasnymi kwestiami prawnymi dotyczącymi korzystania z programu przez innych użytkowników niż Brytyjczycy i czy wasz dostawca internetowy nie ma nic przeciwko wam, używającym serwerów Proxy.

1. Na stronie http://www.proxy4free.com/page1.html znajdujemy sobie Proxy z UK który to umieszczamy w opcjach połączenia takiego np. Firefoxa. Dla wygody ściągamy sobie wtyczkę Switchproxy, dzięki której dodajemy bądź edytujemy adresy serwerów, w prosty i bezbolesny sposób można też Proxy włączyć bądź wyłączyć.

2. Udajemy się pod adres http://www.docoja.com/blue/ – mamy tutaj oparty na WWW serwer Proxy, który niejako dodatkowo wzmocnić może szanse na dostanie się na stronę spotify.com, której adres wpisujemy w pasek, mający po prawej przycisk GO. Wciskamy go dopiero wtedy gdy jesteśmy pewni, że za pomocą Switchproxy (prawy róg okna przeglądarki) uruchomiliśmy Proxy w Firefoxie.

3. Jeśli wszystko poszło gładko, wyskoczyć wam powinno okienko z prośbą o podanie INVITE CODE. Tutaj wszystko zależy od waszej kreatywności. Popytajcie tu i ówdzie, znajdzie się ktoś kto wolne będzie posiadał (sam osobiście rozdałem, dobrym samarytaninem będąc, wiec nie mam). Po wklejeniu kodu i jego zatwierdzeniu mogą pojawić się pierwsze zgrzyty. Koniecznym może się okazać dezaktywacja Switchproxy, aby przejść do następnego ekranu. Jeśli nie, pojawi się nam strona rejestracyjna, gdzie podajemy typowe w takich sytuacjach dane i ustalamy login oraz hasło logowania. Ważne by podać w miejscu kodu pocztowego dane faktyczne, np. SE17 2DJ. Tutaj nie powinno być problemu, choć w moim przypadku pomogło włączenie/wyłączenie Switchproxy. Nie pytajcie jak to działało, ważne że skutecznie.

4. Włala, konto założone, trzeba jeszcze tylko ściągnąć na dysk klienta Spotify, w razie problemów należy powtórzyć motyw ze Switchproxy.

5. Uruchamiamy program, logujemy się za pomocą danych z arkusza rejestracyjnego (dane te można zapisać na stałe, oszczędzając sobie konieczność wklepywania tego za każdym razem.) i łapiemy się za głowę, że tyyyyle tutaj tego. Enjoy!

Filed under: okołomuzycznie, , , , , , ,

Karta Dań

Strony

fufatch

hiro.pl

 

Maj 2012
P W Ś C P S N
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.